
Plaża w hrabstwie Mayo, Irlandia. Zdjęcie autorki
Ta księgarnia Lokator w Krakowie to jest naprawdę niezwykłe miejsce. Kiedy byłam tam ostatnim razem, rzuciłam się na polskie tłumaczenia irlandzkich pisarzy, nie mogąc się zdecydować, które zakupić (wielkość bagażu i portfela; no przecież nie mogę wziąć wszystkich od razu). Przy okazji bardzo miło rozmawiało mi się z panem z księgarni, któremu pozazdrościłam kariery, kiedy mówił, że mają na stanie i wydają książki, które sami lubią i chcą czytać.
Książkowe łupy
Ostatecznie wyszłam z Anną Burns (o której innym razem), Anne Enright (napisałam coś o tym w innym poście), no i z Colinem Barrettem, którego wcześniej nie znałam. Pochłonęłam „Dzikie domy”, jak na mnie, bardzo szybko. Wciągnęła mnie opowieść o młodych ludziach z Balliny w hrabstwie Mayo, ich działalności przestępczej, utratach i zmaganiach z codziennością. Znów dałam się ponieść temu wciągającemu uczuciu rozpoznania przy każdym opisie ulicy, wiejskiego krajobrazu czy dialogu poprowadzonego w typowy tutaj sposób (mówię „tutaj”, bo mieszkam jakieś 1,5 godziny drogi od Balliny; kupiłam tam kiedyś auto).
Jedno zdanie, które mnie zatrzymało
Jest też coś zupełnie pobocznego do fabuły książki, co przykuło moją uwagę i wprost odnosi się do mojego doświadczenia emigracji. Notka autorska na skrzydle okładki głosi: Colin Barrett, irlandzki pisarz kanadyjskiego pochodzenia. Gdy miał cztery lata, jego rodzina przeniosła się z Toronto do hrabstwa Mayo, gdzie dorastał w pojawiającym się w jego twórczości miasteczku Ballina.
Spodobało mi się, z jaką prostotą i oczywistością pierwsze zdanie opisuje tożsamość kulturową autora, a drugie przybliża czytelnikowi kontekst.
Ciężar prostych pytań
W moim doświadczeniu odpowiedzi na pytania o tożsamość moją lub moich dzieci i męża rzadko przechodzą mi przez gardło jako oczywistość. Przeważnie czai się w nich jakiś podtekst lub podejrzenie, że pytanie pojawiło się w rozmowie już z pewną prekoncepcją na nasz temat. Albo w kontekście czegoś, co obnaża naszą inność lub status gościa.
To skomplikowanie bierze się z kilku wątków: z relacji z rozmówcą, z moich własnych wewnętrznych niepewności oraz przekonań, z kontekstu rozmowy i z intencji rozmówcy. No i rzecz jasna, nasze pochodzenie jest złożone, tak jak i odpowiedź na pytanie, jak znaleźliśmy się w Irlandii. Być może nie ma się co dziwić, że ta odpowiedź nie jest tak prosta, jak na pytanie o to, jakim jeżdżę rowerem do pracy.
Najważniejszym poziomem odpowiedzi na pytanie „kim jesteś?”, jest to, kim się czujesz. Dochodzę do wniosku, że ten dyskomfort czy brak swobody bierze się po części z niepokoju, że odpowiedź będzie jakoś oceniona lub podważona.
Kiedyś, po moim tradycyjnym: „Ja jestem z Polski, a mąż z Anglii, ale dzieci urodziły się tutaj”, usłyszałam: „Mhm, so they are Irish, really” (Aha, czyli są Irlandczykami). Rozmówca uprościł sprawę i dla mnie, i dla siebie, a tym samym przypieczętował prawo moich dzieci do nazywania się Irlandczykami o polsko-angielskim pochodzeniu. Jeśli oczywiście tak sobie życzą. Bo mogą przecież powiedzieć: „Jestem w połowie Polakiem, a w drugiej Anglikiem, ale urodziłem się tutaj”.
„I’m Polish” na dzień dobry
Ja coraz częściej staram się sama wprowadzić temat mojej polskości do rozmowy jak najwcześniej. Mówię: „I’m Polish” – nawet czasem od razu, gdy się przedstawiam. A czemu nie? Oszczędzam wtedy komuś głowienia się nad tym, skąd mam swój akcent. Dobrze się czuję z tym przejęciem inicjatywy. Pozwala mi to na większą kontrolę narracji na swój własny temat, co daje mi komfort i trochę więcej pewności siebie.
