Język polski

Powrót córki marnotrawnej

Jestem Polką. Urodziłam się w Krynicy-Zdroju w 1983 roku i wychowałam się w Krakowie. Żyłam w Krakowie niemal nieprzerwanie do 2012 roku, kiedy to przeniosłam się do Irlandii. Mój proces integracji w obcym kraju objął używanie angielskiego jako podstawowego języka. Dotyczy to również przestrzeni prywatnej, ponieważ mój partner życiowy – mój mąż – jest Anglikiem i nie mówi po polsku.

Emigranckie paradoksy w Galway

Pierwsze lata pobytu w Irlandii naznaczone były procesem, który dopiero teraz swobodnie nazwam ‚udowadnianiem’. Dużą część swojej energii przeznaczałam na różnego rodzaju przystosowania, niektóre z nich były wzajemnie wykluczające się. Z jednej strony starałam się zachować swoją indywidualność, i okazać ją światu. Nie chciałam być postrzegana jako kolejna Polka na emigracji – przez pryzmat stereotypów, nawet tych pozytywnych, które ludzie wyrobili sobie o Polakach.

Wizerunek ciężko pracującego Polaka prowadził czasem do nieporozumień. Irytowało mnie strasznie, kiedy ktoś zaczepił mnie na ulicy oferując mojemu mężowi pracę w ogrodzie (bo miał kiedyś polskich robotników i był zachwycony), lub kiedy taksówkarz uznał, że jadę do pracy, do sprzątania domu, podczas gdy kurs był do mojego miejsca zamieszkania. Jak mogę udowodnić tym nieświadomym ludziom, że jestem wykształconą osobą z klasy średniej? Że mogę mieć coś wartościowego do powiedzenia, że nie zamierzam poddawać się chwilowemu poczuciu niższości? Ale kogo to obchodzi?

Z drugiej strony, chciałam się wtopić. Chciałam się zaprzyjaźnić z lokalną społecznością i mieć przyjazne kontakty z Polakami w Galway. Nie mieszkam na ‚Dogiszce’ – dzielnicy, która już od lat jest pierwszym punktem zaczepienia; gdzie polskie sklepy są najlepiej zaopatrzone i gdzie przed Świętami Bożego Narodzenia w wielu kuchniach wyrabiane są pierogi na sprzedaż. Nie mieszkałam tam nigdy, ale pierogi kupiłam niejednokrotnie, a wizytom na ‚Dogiszce’ towarzyszy podekscytowanie. Ponieważ łączy mnie z Polakami w Galway wspólne doświadczenie emigracji, mamy jakiś punkt odniesienia, jakiś oczywisty starter w relacji. Na ‚Dogiszce’, w rozmowie z Polakami, na wyborach w polskiej szkole – jestem jedną z wielu. Pewnie jest tak, że nasze polskie podziały i różnice klasowe przywozimy ze sobą i na jakimś poziomie od razu je uruchamiamy. Ale nowa przestrzeń, pozwala też zrobić coś innego, i nawiązać kontakt poza utartymi ścieżkami społecznymi. Nawet jeśli jest to powierzchowne, lub tylko na chwilę, to jednak zauważamy się wzajemnie i wnosimy nową jakość. Jakość, pod którą można się też podpiąć będąc w Polsce.

„Absolutely, lovely, amazing”

Jeśli chodzi o próby dopasowania się do Irlandczyków, w dużej części rolę odegrał tu język. Pamiętam wyraźnie moment pisania wiadomości na whatsappie, gdzie posługiwałam się kalkami z tego, co pisali do mnie inni. Te same zwroty, emotikony, pozytywny język. Przejęłam to na jakiś czas, używam nadal kalek w small talk’u, bo nigdy i w żadnym języku takie małe rozmowy towarzyskie nie przychodzą mi naturalnie, więc odzwierciedlam, to co działa u innych. Być może też robię to na przekór innemu stereotypowi, że Polacy bywają chłodni i formalni w obejściu. No więc z uśmiechem wypowiadam, ‚absolutely’, ‚lovely’ and ‚amazing’, i czasem się łapię na tym, że wybrzmiewam zbyt entuzjastycznie i gorliwie. No ale cóż, to prezentuje kolejną okazję do lekcji – lekcji dystansu do siebie. Wielu Irlandczyków ma go sporo, śmieją się z siebie samych, nawet czasem w okrutny sposób.

Ogólnie jestem zadowolona ze swojego miejsca w Irlandii. Pomimo różnych nieporozumień, czy napięć, początkowego poczucia osamotnienia, tęsknoty, dobrze mi w Galway i Galway nazywam domem.

Luka językowa

Jednak jest coś, co zaczęło mi bardzo doskwierać. Jest to mój brak dedykacji do języka polskiego. Mój zaniedbany język polski, którym dawniej uwielbiałam się posługiwać. Wiem, że to może brzmieć idiotycznie, bo przecież język to narzędzie, które jest takie, jakie jest, i co tu do uwielbiania. Nie jestem przecież polonistką i w żaden inny sposób nie zajmuję się językiem zawodowo. Ale myślałam o nim dużo, lubiłam pisać po polsku, polski był absolutnie ulubionym przedmiotem w podstawówce i liceum. U mnie w domu poprawna wymowa, z racji tego, że mój tato jest aktorem, była czymś istotnym. Język i wymowa były też oczywiście definicją klasy i statusu społecznego. Myślę ze wstydem, że czasem ta swoboda w wysławianiu się była wywyższająca i stanowiła podstawę poczucia pewności siebie. Teraz po latach porozumiewania się angielszczyzną w sposób biegły ale z polskim akcentem i z błędami, często jestem zdezorientowana. Gdy rozmawiam z moimi dziećmi po polsku, często przełączam się na angielski, bo tak lepiej nam się porozumieć w skomplikowanych kwestiach. Gdy po długiej przerwie rozmawiam ze znajomymi, niektóre słowa przychodzą mi do głowy bardzo wolno i dukam, jakbym zmyślała odpowiedź wywołana do tablicy w szkole.

Powrót do pisania

Jeszcze więcej zamieszania jest ze słowem pisanym. Dopiero od niedawna, po uświadomieniu sobie tego zaniedbania, zaczęłam używać polskich znaków diakrytycznych. W Irlandii brałam udział w kursach pisania kreatywnego po angielsku, pisałam bloga rodzicielskiego również w tym języku. Wypracowanie własnego głosu kreatywnego w języku angielskim jest dla mnie czymś ekscytującym, ale też w pewnym sensie ciężką pracą. Ciągła niepewność i świadomość popełniania błędów jest męcząca. Od kiedy jest AI te błędy łatwo poprawić, ale i tak rzadko słowa płyną ze mnie swobodnie. Chociaż na pewno łatwiej mi pisać kreatywnie, niż wysilać się nad napisaniem stosownego posta na LinkdInie.

Tak czy inaczej, wracam do przyjemności pisania po polsku. Ten blog to właśnie owoc tego dążenia do kontaktu z tą częścią mnie, która po wyjeździe nie miała przestrzeni, żeby się odezwać. Piszę, bo chcę się podzielić różnymi obserwacjami, czy scenkami z życia. Mam nadzieję, że będzie się to miło czytało, choćby tekst był z błędami.

Dodaj komentarz